|
Śniło mi się przed-wojenne Zakopane. Nad drewnianymi Knipówkami
unosiły się najprawdziwsze Sabałowe nuty grane na gęślach i basach.
Frunęły w
różne strony. Jedne zaglądały w okna Atmy i zostawały na dłużej w muzyce
Szymanowskiego, inne podpatrywały Witkacego, gdy malował kolejny szalony
portret, jeszcze inne kibicowały Kornelowi Makuszyńskiemu podczas brydżowej
nocy.
Śniła mi się willa Pod Jedlami, ta naj-piękniejsza z góralskich chałup
- matka całej reszty zbudowanych z płazów, mszonych słomą, krytych gontem
domostw pod Tatrami. Śniło mi się wytworne towarzystwo u Poraja omawiające
kolejną wspinaczkę albo narciarski zjazd. Śnił mi się jeszcze pochód
górskich ratowników i wybitnych sportowców, tych wszystkich Bachledów,
Gąsieniców,
Marusarzy, którzy dzisiaj hen wysoko w turniach, albo w ciszy na Pęksowym
Brzyzku.
Śniły mi się młode dziewczyny
w kwietnych spódnicach, w wyszywanych serdakach, w kierpcach, z dorodnymi
koralami na szyjach. Biegły podreglańskimi łąkami w zamgloną dal.
Ruszyłem za nimi w ten zakopiański sen, który wciąż trwa.
(na górę strony)
Obudziłem
się dotknięty promieniem słońca, które wyjrzało zza Giewontu. Dookoła
gwar kolorowego tłumu zdążającego na Gubałówkę, do Kuźnic,
zapełniającego Chochołowską, Kościeliska, Strą-żyską. Ciekawi tutejszego
folkloru, spragnieni
kontaktu z pradawną tradycją odwiedzają sklepy z pamiątkami, regionalne
karczmy. Podziwiają Wielką Krokiew - jedną z najpiękniejszych na
świecie naturalnych skoczni narciarskich.
Ruszają do Morskiego Oka by
zobaczyć
odbite w jego krystalicznej tafli sylwetki Mnicha, Mięguszowieckiego,
Rysów. Ale przecież mają jeszcze Teatr Witkacego, Muzeum Władysława
Hasiora, Galerię Antoniego Rząsy.
A dla bardziej ciekawych świata
i okolic gorące źródła po słowackiej stronie lub spływ Dunajcem przez
odległe o półtorej godziny jazdy
samochodem Pieniny.
Nad tatrzańskimi dolinami bezszelestnie szybują paralotnie.
Jesienią Lejowa widziana z góry jest czerwona od rydzów. Ich
smak, usmażonych
na maśle,
nie zmienił się od tamtego snu. |